Krem ziemniaczany z porem

Zupy krem to moi ulubieńcy, by nie rzec, moja specjalność. Zmiksować da się w zasadzie wszystko, o ile tylko blender Wam na to pozwoli. Z ciekawości spojrzałam dzisiaj w moją blogową zakładkę Zupy i kremy i okazało się, że łącznie z tym dzisiejszym przepisem, jest ich tam tylko 5! Co więcej, nie dodałam tam jeszcze ani jednej zupy. A ja jadam je tak często! Poprawię się, obiecuję, i mam nadzieję, zmuszę się do jakiejś regularności w publikowaniu kolejnych przepisów – szczególnie tych zupo-kremowych :).

Od wielu miesięcy najpopularniejszym przepisem na blogu jest jesienny krem z batatów i kukurydzy – jeśli jeszcze nie próbowaliście, koniecznie nadróbcie zaległości. Gwarantuję, że smakuje doskonale nie tylko mnie! Dzisiaj natomiast wrzucam swoją propozycję na krem ziemniaczany z porem. To taki przepis z charakterem, bo będzie i trochę kurkumy dla koloru (i dla „orientalnego” smaku też) oraz trochę chilli dla pikanterii.

Składniki:

  1. ziemniaki (6 szt.),
  2. por (15 cm białej części),
  3. marchew (2 małe szt.),
  4. pietruszka – korzeń (1 mała szt.),
  5. bulion warzywny (1 litr),
  6. masło (1 łyżka),
  7. kurkuma (1/3 łyżeczki lub więcej),
  8. chilli (1/3 łyżeczki lub więcej),
  9. sól (ok. 1/2 łyżeczki),
  10. pieprz (w razie konieczności).

Sposób przygotowania:

  1. Por pokroić w cienkie plasterki i podsmażyć na maśle, do czasu, aż odrobinę nie zmięknie.
  2. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę i przełożyć do dużego garnka, dodać obraną marchew i korzeń pietruszki. Zalać bulionem i gotować ok. 10 minut.
  3. Dodać por i doprawić solą. Gotować do miękkości ziemniaków.
  4. Zupę odstawić do przestygnięcia (chyba, że blender poradzi sobie z miksowaniem jeszcze gorącej) i zmiksować na gładki krem.
  5. Doprawić kurkumą i chilli. W razie potrzeby również solą.
  6. Podawać z posiekaną zieloną pietruszką.

Propozycja podania:

krem ziemniaczany z porem_zmiksujto

Porcje: Z podanych składników otrzymamy 4 porcje zupy, takie mniej więcej po 250 ml.

Kalorie: Porcja zupy ma ok. 140 kcal – to chyba najwięcej ze wszystkich kremów, jakie dotąd tutaj zamieszczałam, ale warto – zjecie jedną kostkę czekolady mniej!

Tak jak pisałam powyżej, na blogu pojawiło się do tej pory także kilka innych propozycji – jeśli nie znasz, zajrzyj koniecznie i wypróbuj kremu z:

  1. batatów i kukurydzy,
  2. brokuła – pierwszy przepis na blogu (kiedy to było?),
  3. białych warzyw,
  4. marchewki.

Smacznego!

Reklamy

Słodka wizyta w Słodkim Adresie

Zachęcona pozytywnymi opiniami, pięknymi zdjęciami i zapewnieniami, że w Słodkim Adresie wszystko skrupulatnie przygotowywane jest na miejscu, postanowiłam tam zajrzeć. Wypad planowałam prawie miesiąc, bo dojazd na Psie Pole to dla mnie prawie godzina podróży. W końcu jednak znalazł się czas, sposobność i dobry towarzysz.

Z racji, że Wrocławskie Spotkanie Blogerek właścicielka kawiarni postanowiła wesprzeć zaproszeniami na „kawę i ciacho”, miałam ich w swoim notesie aż 3. I wstyd się przyznać, że wszystkie (razem z zaproszoną przeze mnie Marysią) wykorzystałyśmy wczoraj, zamieniając trzecią kawę, na czwarty rodzaj ciasta! Biodra nam za to nie podziękują, ale spróbowanie tak szerokiego „asortymentu” dało mi podstawy do stwierdzenia, że w Słodkim Adresie naprawdę jest pysznie!

Ale od początku. Na Psie Pole dojechałyśmy po godzinie 15.00. I całe szczęście, bo wstrzymałybyśmy kolejkę na dobre 10 minut – tylko przez to, że każde ciasto „wołało” wybierz mnie. Drugie tyle zajęło nam sfotografowanie tego, co w końcu zamówiłyśmy. A padło na:

ciacha

  1. Tort bezowy z kremem orzechowo-daktylowym,
  2. Tartę cytrynową,
  3. Sernik z solonym karmelem,
  4. Tort z bananami.

Wszystko dopełniłyśmy bardzo aromatycznymi kawami smakowymi.Tu jednak popełniłam błąd, bo przy takiej kombinacji cukru z cukrem, szybko miałam go dość. Następnym razem będę mądrzejsza i zdecyduję się na jakąś supermocną kawę, z gorzkim posmakiem lub, po prostu, zieloną herbatę. Jeśli jednak wybierzecie się tam tylko po kofeinowy napój (chociaż to stanowczo za mało), to latte macchiato z dodatkiem syropu amaretto będzie dobrym wyborem.

Słodki_Adres-zmiksujto.jpg

Gdy już usiadłam, spróbowałam po kawałku każdego wypieku, mogłam spokojnie skupić się na przyjemnym wystroju miejsca. Słodki Adres jest bardzo kameralny – w zimie pomieści pewnie nie więcej niż 20 osób, co jest niewątpliwą zaletą miejsca. Po jednej stronie znajduje się duże lustro, które optycznie je powiększa, po drugiej wspaniała fototapeta, która kojarzy mi się z końcowymi scenami filmu Czekolada, tuż po przemianie mieszkańców miasteczka. Przez chwile można zapomnieć, że to dopiero koniec lutego i że to cały czas Wrocław!

Również obsługa zasługuje na pochwałę – bardzo miła i pomocna, doskonale zorientowana w tym, co może nam zaproponować, nienachalna – a to zachowanie, z którym łatwo przesadzić w jedną lub drugą stronę.

Jedynym minusem jest lokalizacja. Chociaż to w sumie zależy, jak na to spojrzę. Gdyby Słodki Adres położony był bliżej, na pewno wypracowany koktajlami luz w spodniach, znacznie by się skurczył. Co więcej, byłabym tam wtedy stałym gościem i totalnie rozleniwiłabym się w kwestii pieczenia w domu.

Kilka godzin z Marysią w Słodkim Adresie upłynęły nam na kwestiach typowo blogowych. Niedługo minie rok, jak tu piszę, więc cały czas myślę nad zmianami. Marysia pomogła mi to wszystko ugryźć z innej strony, a obgadane z nią pomysły na pewno zaprocentują w przyszłości. Oby!

Moje serce skradł tort bezowy z kremem orzechowo-daktylowym (który na pewno kiedyś postaram się odtworzyć w domu), piękny wystrój i kameralność miejsca. Jeśli więc zbrzydły Wam kawiarnie wrocławskiego Rynku, macie ochotę na coś naprawdę słodkiego, chcecie zaskoczyć mamę, przyjaciółkę, chłopaka – to Słodki Adres wart jest nawet najdłużej podróży. Potwierdzają to także opiniujące to miejsce osoby na Facebooku, gdzie znalazłam tylko jedną trójkową ocenę, z którą w ogóle się nie zgadzam. Sprawdźcie sami i dajcie znać, czy i Wy będziecie ich częstymi gośćmi! :)

Słodki Adres,

Bolesława Krzywoustego 315,

Wrocław, Psie Pole

 

Domowe rogaliki drożdżowe – najlepszy przepis

Swoją przygodę z pieczeniem ciast, ciastek, ciasteczek zaczęłam właśnie od tego przepisu – nie licząc tortu, który pod bacznym okiem babci piekłam za młodu dla mamy. Ale w zasadzie nie wiem, komu bardziej powinnam za ten przepis dziękować – Pani Magdzie, z którego to bloga pochodzi pierwowzór, czy mojej wspaniałej współlokatorce Asi, która mi ten przepis pokazała, a która sama na założenie kulinarnego bloga nie dała się namówić.

Dziękuję w takim razie obu, bo pewnie upłynęłoby sporo czasu, zanim sama znalazłabym perfekcyjny przepis na rogaliki drożdżowe. Co prawda, nie robi się ich szybko, bo na przygotowanie ciasta, jego wyrośnięcie, „skręcenie” rogalików i ich pieczenie potrzeba ok. 2,5 godziny, ale efekt wart jest zachodu. Przepis przerobiłam już na pewno ze 30 razy, piekę je dla przyjaciół, dla domowników, dla En., na odstresowanie. Rogaliki zawsze są pyszne i znikają w mgnieniu oka.

Moje jedyne modyfikacje to zmniejszenie o 50 gramów tłuszczu (margaryny), czasami dosypanie większej ilości mąki i pieczenie w niższej temperaturze – bo mój piekarnik nie jest już pierwszej młodości.

Składniki:

  1. margaryna (200 g),
  2. drożdże w kostce (5 dag),
  3. mleko (1/4 szklanki),
  4. mąka tortowa – u mnie pszenna typu 450 (3 pełne szklanki + łyżka do wyrobienia z drożdżami),
  5. jajka (2 szt. + 1 malutkie do smarowania ciasta),
  6. cukier (4 łyżki + 2 łyżki do posypki),
  7. sól (ok. 1/3 łyżeczki).

Nadzienie:

marmolada, dżem, nutella lub inny krem czekoladowy – ważne, by nadzienie było chłodne, dzięki temu lepiej będzie się zawijać i nie wypłynie w całości jeszcze przed pieczeniem.

Sposób przygotowania:

  1. Margarynę podgrzać do całkowitego rozpuszczenia, ale nie gotować.
  2. Mleko podgrzać w dużym kubku (u mnie pojemność 0,5 l), dodać drożdże, 4 łyżki cukru i łyżkę mąki. Dokładnie wymieszać, usuwając grudki i odstawić do wyrośnięcia.
  3. Mąkę przesiać przez sitko, posolić, dodać jajka. Zalać margaryną i wyrośniętymi drożdżami. Chwilę wyrabiać, do czasu połączenia się wszystkich składników. Jeśli jednak zbyt mocno klei się do ręki, dodać jeszcze ok. 0,5 szklanki mąki i dalej wyrabiać. Ciasto przykryć ściereczką i odstawić na godzinę do lodówki -będzie łatwiejsze do obróbki.
  4. Po wyrośnięciu ciasto podzielić na 4 części, każdą z nich wyłożyć na podsypany mąką blat czy też stolnicę. Rozwałkować na kształt koła i podzielić na trójkąty (jak pizzę). Każdą ćwiartkę można podzielić w zależności od tego, jakiej wielkości chcemy mieć rogaliki, większe czy mniejsze (ja najczęściej dzielę je na 12 małych trójkątów).
  5. Na każdy trójkąt nałożyć wybrane nadzienie i zwinąć od podstawy do wierzchołka. Wcześniej możemy podstawę naciąć po środku na 1 cm – trójkąty będą zwijać się znacznie łatwiej. Taki „rulonik” zagiąć do siebie na kształt księżyca.
  6. Przygotowane rogaliki ułożyć na wyłożonej papierem do pieczenia brytfannie. Posmarować rozkłóconym jajkiem (pędzelkiem, zwiniętym ręcznikiem papierowym czy też palcami) i posypać cukrem.
  7. Piec w 180 stopniach (jak pisałam wyżej, u mnie było 160 stopni ze względu na stary piekarnik) przez 15 minut – pod koniec warto to pieczenie jednak kontrolować. Druga partia może piec się krócej, bo piekarnik jest już wtedy mocno nagrzany.
  8. Takie rogaliki nie wymagają dalszego zdobienia, lekko stopione kryształki cukru pięknie prezentują się na cieście. Jeśli jednak wolicie przyozdobić je lukrem, to po „malowaniu” jajkiem warto zrezygnować z posypywania ich cukrem.

rogaliki drożdżowe_zmiksujto.gif

Z podanej porcji wychodzi ok. 48 rogalików, przy założeniu, że każdą część podzielimy na 12 trójkątów. Najsmaczniejsze są oczywiście zaraz po ostygnięciu. Jeśli jednak przetrwają do następnego dnia (a czasami naprawdę ciężko się im oprzeć), to warto przykryć je ściereczką, żeby nie obeschły.

Spróbujcie koniecznie i dajcie znać, czy będzie to też Wasz ulubiony przepis na drożdżowe rogaliki ;). Smacznego!

Ciasto marchewkowe bez mąki – wersja fit

Wiecie na pewno, że nie ma przepisów odchudzających. Są za to takie, które nam nie zaszkodzą i będą zdrową alternatywą dla paczki chipsów czy słodkiej, mlecznej czekolady. Nie odkryję Ameryki, twierdząc, że być trendy to teraz być fit i healthy (swoją drogą to chyba moje ulubione hashtagi), ale w zasadzie, co w tym złego, że zależy nam na dobrym samopoczuciu i lepszym zdrowiu? NIC, bo jak to mówią „w zdrowym ciele, zdrowy duch”.

Wychodząc więc naprzeciw oczekiwaniom niektórych czytelników i mojego, najwierniejszego En., dla którego dzień bez ćwiczeń jest dniem straconym, a który powoli zaczął odrzucać wszystkie serwowane mu pyszności (rogaliczki, naleśniczki, serowe zapiekanki) powstał ten przepis. Ucieszy on zapewne każdego, kto liczy kalorie szybciej niż drobne w portfelu, a i nie wzgardzą nim osoby, które z jadłospisu pozbywają się mąki – umieszczam go więc z nadzieją, że przepis na ciasto marchewkowe w wersji fit na stałe zagości w Waszej kuchni.

Składniki:

  1. płatki owsiane górskie (1,5 szklanki),
  2. marchew (0,5 kg, czyli 4 duże marchewki – po starciu 2 szklanki),
  3. jajka (4 szt.),
  4. orzechy włoskie lub inne dodatki (1 szklanka obranych – 100 gramów),
  5. miód (3 lub 4 łyżki),
  6. olej (3 łyżki),
  7. proszek do pieczenia (1 płaska łyżeczka),
  8. cynamon (ok. 1,5 łyżeczki),
  9. sól (szczypta).

Sposób przygotowania: 

  1. Płatki górskie wrzucam do wysokiego pojemnika i blenduje na „mąkę” – u mnie nie była ona całkiem gładka, ale ciasto i tak wyszło. Marchew trę na najmniejszych oczkach. Jeśli ma dużo soku – odsączcie – moja do najbardziej soczystych nie należała, więc oprócz starcia, nie zrobiłam z nią nic.
  2. Żółtka oddzielam od białek. Białka ubijam mikserem ze szczyptą soli.
  3. Do piany kolejno wrzucam po jednym żółtku i mieszam delikatnie łyżką. Dodaję: zmielone płatki górskie, marchew, olej, miód, proszek do pieczenia i cynamon. Mieszam. Na samym końcu dodaję orzechy włoskie lub inne bakalie.
  4. Ciasto przelewam do wąskiej foremki*, wysmarowanej masłem lub margaryną i obsypanej bułką tartą – nie miałam pewności, czy ciasto nie będzie przywierać do moich foremek**.
  5. Pieczemy przez mniej więcej 60 min, z tym, że przez ostatnie 10 sprawdzamy, czy nie jest już gotowe (kwestia piekarnika). U mnie grzanie góra-dół w temperaturze 160 stopni.

*Masy wystarczyło mi na dwie wąskie foremki, jedną o wymiarach 30x10x7 (cm) i drugą 15x10x7 (cm), wypełnione mniej więcej na wysokość 4 cm. Ciasto wyrasta tylko odrobinę.

**Możecie je upiec także w zwykłej, szerszej brytfance – ciasto wyjdzie płaskie, świetnie do pokrojenia w romby.

fitciastomarchewkowe-zmiksujto

Z podanej ilości składników wyszło mi ok. 35 porcji ciasta. Jest ono wilgotne w środku (nawet po kilku dniach), odpowiednio słodkie i pięknie pachnące cynamonem. A pomimo płatków owsianych i orzechów włoskich, które są bardzo kaloryczne (100 gramów orzechów to prawie 600 kcal!!) to w jednym kawałku znajduje się ich jedynie 60 kcal.

A jaki jest Wasz ulubiony przepis na ciasto marchewkowe? W sieci znajdziecie ich miliony – swój przygarnęłam jakiś czas z temu z fitnessowych „grup wsparcia”, ale po pierwszym pieczeniu ciasto mi nie leżało – niesłone, niesłodkie, takie bardzo nijakie. Przepis dopracowałam, upiekłam, ucieszyłam kogo trzeba i dodaję. Smacznego!

Wrocławskie Spotkanie Blogerek – relacja okiem organizatorskim

Nic a nic nie daje Ci takiej radości i satysfakcji, jak poprowadzenie czegoś „swojego” od początku i doprowadzenie tej rzeczy do końca. Czegoś, co na dodatek nie podoba się tylko Tobie, ale i osobom w to „coś” zaangażowanym. Mogę więc śmiało napisać, że Wrocławskie Spotkanie Blogerek, o którym pisałam wcześniej (sprawdź zapowiedź), doszło do skutku i co więcej – udało się!

22 stycznia 2016 roku o godzinie 9.10 zapukałam do drzwi wrocławskiej restauracji BLT z workiem… chrupek SOLO. W zasadzie o tych chrupkach mogłabym napisać osobny post, bo z racji mojego nieposiadania prawa jazdy, przemierzyłam z nimi pół Wrocławia, wysłuchując przy tym zapytań „a te chrupeczki to do jakiegoś kiosku Pani wiezie, to właściciel nie powinien dostarczać Wam tego sam? Tacy to oni dzisiaj są, wyzysk – proszę pani – wyzysk”.  I tłumacz tu teraz dziewczyno, czym do cholery jest spotkanie blogerskie…

No ale dobra, bo tu się o relacje z wydarzenia rozchodzi. Zaraz po mnie do lokalu zawitały Prelegentki i spokojnym krokiem schodziły się Uczestniczki. Razem z Elwirą chciałyśmy być trochę takie Zosie-Samosie, ale gdyby nie pomoc dziewczyn przy przenoszeniu, układaniu i segregowaniu tego, co przyniosłyśmy, pewnie spotkanie zaczęłoby się znacznie później.

przygotowania - zmiksujto.jpg

Wszystko jednak wystartowało zgodnie z planem – zasiadłyśmy przy długim stole, uraczone przez lokal kawą i herbatą, a po oficjalnych powitaniu przyszedł czas na prelekcje.

Na początek kilka informacji o sobie, swojej działalności, byciu „matką, żoną i kochanką idealną ;)” udzieliła nam Agnieszka Nowakowska – osobisty coach i przede wszystkim bardzo pewna siebie kobieta. Tego właśnie można byłoby się od niej nauczyć – stawiania na siebie i realizowania własnych potrzeb, z myślą, że kiedy Ty będziesz szczęśliwa, Twoi bliscy będą szczęśliwi razem z Tobą. Zdrowego egoizmu trzeba się nauczyć, więc w wolnej chwili umówię się z Agnieszką na kawę i jak gąbka, będę chłonąć kolejne porady.

prelegentka Agnieszka Nowakowska - zmiksujto

Kolejnym Prelegentem był obecny i aktywny od samego początku fotograf spotkania – Rafał Ryziński. Zaczęło się bardzo krótką informacją o sobie, bo Rafał postawił na pytania. To pokazało, jak rozległą ma wiedzę w zakresie fotografii komercyjnej! Potrafił odpowiedzieć na każde z zadanych mu pytań, niejednokrotnie wchodził w polemikę z Uczestniczkami, które podobnie jak ja, czerpią fotograficzną wiedzę z internetu. Na czas jego wystąpienia aparat przejęła jedna z nich – Marysia z bloga glam&curvy, dlatego niech nie zdziwi Was, że Rafał ma także własne zdjęcia ze spotkania.

IMG_6892.jpg

Najdłuższą, ale też pewnie najciekawszą dla wielu była prezentacja Sandry Smolarczyk, która (od początku do ostatniego muśnięcia pędzlem) wykonała makijaż do sesji fotograficznej na Izie z bloga po drugiej stronie brzucha. Widok pełnej walizki kosmetyków, wielokolorowe paletki cieni do powiek, różne tonacje podkładów uderzyły w moją kobiecą stronę na tyle, że przez moment zapragnęłam mieć je wszystkie… Prawda jest jednak taka, że maluję się rzadko, a już taki makijaż z konturowaniem i rozświetlaniem warto zostawić specjalistom – jeśli tylko kiedyś przyjdzie mi się z takim zmierzyć, będę pamiętać o profesjonalizmie Sandry.

prelegentka Sandra Smolarczyk - zmiksujto.jpg

Ostatnią prelegentką (teraz widzę jak kobiety zdominowały spotkanie!) była Ula Kaptur, przedstawicielka like08 – firmy, która stworzyła nam piękne logo na kubki i koszulki ze spotkania. Ula, z którą miałam przyjemność porozmawiać przed rozpoczęciem całego szaleństwa opowiedziała nam o ofercie firmy i promowaniu własnej marki w social media. Przed spotkaniem przyznała mi się także, że z zawodu jest psychodietetykiem, a na swoim blogu – CoFitUla przekonuje, że zmiana nawyków żywieniowych zaczyna się od zmiany myślenia.

CoFitUla - Urszula Kaptur - zmiksujto.jpg

Najprzyjemniejsza była jednak końcówka. BLT Wrocław, z przemiłym właścicielem restauracji, który doglądał wszystkiego osobiście, ugościło nas po królewsku. Kolorowe przystawki, pizza na cienkim cieście, apetyczne dania na gorąco i przemiła obsługa zapadną mi w pamięci na długo. Jeśli tylko będziecie w okolicy Placu Solnego, polecam serdecznie.

Gdy już brzuchy zostały napełnione, mogłyśmy skupić się na miłym, kończącym spotkanie akcencie. Od samego początku zależało nam bardziej na części prelekcyjnej spotkania, niż na wypakowaniu toreb różnorakimi prezentami. Wszystkim, którzy jednak chcieli wspomóc nasze wydarzenie – serdecznie DZIĘKUJĘ!

plakat sponsorski - zmiksujto

Sponsorzy i ich upominki: zaproszenie do kawiarni i cukierni Słodki Adres, gdzie właścicielka kusi wspaniałymi wypiekami, kosmetyki naturalne dla kobiet i dzieci od Ekodrogerii Eco&More, oleje tłoczone na zimno (w mojej paczce akurat lniany) od firmy SemCo, puder od Pixie Cosmetics, próbki naturalnych kremów od Resibo, kalendarze i wspomniane wyżej, ale już zjedzone chrupki Solo (moje zdecydowanie najukochańsze orzechowe), koszulka od Nanaf Organic, kubki od Poki, torby ekologiczne i znaczniki do walizek od Mrówka Travel i wspaniałe kosze z kosmetykami Cien od Lidla, o które będziecie mogli zawalczyć w blogowym konkursie. Po spotkaniu w ręce dziewczyn wpadną także książki dosłane przez wydawnictwo Zwierciadło i firma Lalanka.

 

Uczestniczki i Prelegentki spotkania uwiecznił na wspólnej fotografii Rafał:

zdjęcie grupowe - zmiksujto.jpg Organizatorki (bez wcześniejszych ustaleń) przybrały się w biel:

Uczestniczki – kolejno od lewej (góra): Marysia – glam&curvy, Grażynka – Pyzuszkowo, Magda – Magdalena Achtelik, Tina – tinaha, Magda – Mademoiselle Magdalene, Magda – Z widelcem po Wrocławiu, Ula – CoFitUla, (dół): Iza – Po drugiej stronie brzucha, Sandra, Agnieszka, Karolina – Zielone Smażone Pomidory. Spotkanie musiała wcześniej opuścić Magda, dlatego nie załapała się na zdjęcie – Deliszys.

Bardzo się cieszę, że pierwsze docierające do moich uszu opinie, były tak pozytywne. Zarówno mi, jak i Elwirze zależało, by zorganizowane przez nas spotkanie było perfekcyjnie przygotowane. Wiele się nauczyłyśmy i chociaż pewnie nie brakowało w tej organizacji błędów, to obie jesteśmy zadowolone. I kto wie, może podejmiemy się kolejnej edycji? Jeśli chcecie śledzić także inne relacje z wydarzenia to zapraszam na jego fanpage – TUTAJ.

 

Wrocławskie Spotkania Blogerek

Od dziecka brałam na siebie więcej obowiązków niż powinnam – szkolne i miejskie grupy taneczne, samorządy, organizacje wycieczek, konkursy naukowe i artystyczne i wiele, wiele innych rzeczy, których nigdy nie będę żałować. I tak zostało mi do dzisiaj. Założyłam bloga, a to pociągnęło za sobą sznurek nowych możliwości. Gdy tylko napisała do mnie Elwira z bloga zabieganamama.com, z propozycją współpracy przy organizacji spotkania blogowego, bez wahania się zgodziłam i już wspólnymi siłami zabrałyśmy się do pracy.

Zaczęło się spokojnie, bo od znalezienia dziewczyn, które zupełnie tak jak my, wolny czas spędzają na pisaniu, linkowaniu i prowadzeniu blogowego życia. Brzmi górnolotnie, ale pisanie bloga to ciężki orzech do zgryzienia, szczególnie, gdy ciągle jest tyle do zrobienia. Miło mi zatem poinformować, że już jedna rzecz na pewno mi się w tym roku uda – 22 stycznia 2o16 roku w restauracji BLT & Flatbreads przy ul. Ruskiej 58/59 odbędzie się nasze Wrocławskie Spotkanie Blogerek.

Od dzisiaj, już oficjalnie, znajdziecie nas na facebooku – zapraszam. Tu możecie śledzić nasze organizatorskie poczynania i zgłaszać się zarówno w roli Uczestniczek, jak i Prelegentów czy Sponsorów tego lub innych potencjalnych spotkań. Jeszcze dużo pracy przed nami, ale plany są obiecujące.

Harmonogram wygląda następująco:

  1. wykład fotografa Rafała Ryzińskiego, który na co dzień współpracuje z wieloma znanymi markami i który opowie nam o swojej pracy, o lepszym robieniu zdjęć na bloga, a także zadba, by każda z Uczestniczek dostała profesjonalną fotorelację ze spotkania.
  2. wykład Agnieszki Nowakowskiej, która zajmie się tematem bliskim naszej branży, opowie o kobietach i biznesie, o tym jak powinnyśmy dbać o swój rozwój i realizację własnych celów.
  3. prezentacja Sandry Smolarczyk – MakeUp Artist, która w swoim wykładzie pokaże sposoby na makijaż, dzięki któremu dobrze będziemy wyglądać na zdjęciach.

Po wystąpieniach wszystkich Prelegentów przyjdzie czas na blogowe plotki, wymianę doświadczeń, rozdanie upominków i napełnienie brzuszków, o które zadba goszcząca nas restauracja BLT. Jak wyjdzie, na pewno przekażę Wam w relacji z wydarzenia. Trzymajcie kciuki, żeby było o czym pisać.

Do zobaczenia!

12400482_1060786857276958_1415921023138140623_n

 

Pikantny krem z marchewki z dodatkami

Zauważyłam, że zupy krem gotuję wtedy, gdy totalnie nie mam czasu na siedzenie w kuchni. Ostatnio z takiej okazji stworzyłam krem z batatów i kukurydzy – jeśli jeszcze nie próbowaliście, to polecam – KLIK. Takie przepisy sprawdzają się u mnie idealnie, bo wystarczą mi przynajmniej na 4 porcje. Sama zresztą, gdy gotuje tylko dla siebie, nie jestem zbyt wymagającym kucharzem. Nie oznacza to jednak, że zjadam wtedy co popadnie i na dodatek z wysoko przetworzonych składników. Dzisiejsze danie nada się zarówno dla zabieganych, jak i dla leniwych: szybkie, sycące i rozgrzewające, bo zima (mimo, że taka średnio śnieżna) pokazuje, że chyba zostanie na dłużej. Co się dziwić, w końcu mamy nadal styczeń! Zapraszam więc na dzisiejszy post, gdzie króluje pikantny krem z marchewki i dodatków.

Składniki:

  1. marchew (3 duże sztuki),
  2. ziemniaki (3 średnie sztuki),
  3. por (ok. 15 cm),
  4. bulion warzywny (1 litr) lub kostka rosołowa (1,5 sztuki) na litr wody,
  5. imbir (4 cm),
  6. czosnek (1 ząbek),
  7. masło (2 łyżki).

Przyprawy:

  1. sól (ok. 1/4 łyżki lub więcej),
  2. chilli (szczypta),
  3. cukier (szczypta),
  4. sok z cytryny (opcjonalnie).

 

Sposób przygotowanie:

  1. Marchew i ziemniaki obieramy, myjemy i kroimy w kostkę.
  2. W garnku rozpuszczamy łyżkę masła i przez chwilę (ok. 5 min) podsmażany na nim pokrojone warzywa. Zalewamy bulionem warzywnym lub litrem wody z kostkami rosołowymi.
  3. W tym czasie obieramy pora i kroimy w cienkie plasterki, a następnie podsmażamy na patelni na drugiej łyżce masła, do czasu, gdy zeszkli się jak cebula i przekładamy do garnka.
  4. Imbir obieramy i trzemy na tarce, czosnek obieramy i przeciskamy przez praskę. Dodajemy do zupy.
  5. Gotujemy do miękkości i miksujemy na gładki krem.
  6. Doprawiamy solą, szczyptą cukru, chilli i opcjonalnie cytryną (żeby przełamać smak słodkiej marchewki – spróbujcie, czy smakuje Wam wersja bez cytryny, bo czasem nie jest ona potrzebna).
  7. Podajemy z ulubionymi dodatkami – u mnie tym razem grzanki z bułki grahamki.

12528040_986783088050223_977253251_n

Ilość porcji: ok. 4 porcji po 250 ml.

Kalorie: ok. 110 kcal w porcji zupy, bez grzanek czy nasion.

Za każdym razem, gdy ugotuje sobie taki krem, a później wyliczam, jak mało ma kalorii, cieszę się jak dziecko. Jest to więc świetny pomysł na urozmaicenie sobie często monotonnych jadłospisów dietetycznych. Spróbujcie sami : ). Smacznego!