Słodka wizyta w Słodkim Adresie

Zachęcona pozytywnymi opiniami, pięknymi zdjęciami i zapewnieniami, że w Słodkim Adresie wszystko skrupulatnie przygotowywane jest na miejscu, postanowiłam tam zajrzeć. Wypad planowałam prawie miesiąc, bo dojazd na Psie Pole to dla mnie prawie godzina podróży. W końcu jednak znalazł się czas, sposobność i dobry towarzysz.

Z racji, że Wrocławskie Spotkanie Blogerek właścicielka kawiarni postanowiła wesprzeć zaproszeniami na „kawę i ciacho”, miałam ich w swoim notesie aż 3. I wstyd się przyznać, że wszystkie (razem z zaproszoną przeze mnie Marysią) wykorzystałyśmy wczoraj, zamieniając trzecią kawę, na czwarty rodzaj ciasta! Biodra nam za to nie podziękują, ale spróbowanie tak szerokiego „asortymentu” dało mi podstawy do stwierdzenia, że w Słodkim Adresie naprawdę jest pysznie!

Ale od początku. Na Psie Pole dojechałyśmy po godzinie 15.00. I całe szczęście, bo wstrzymałybyśmy kolejkę na dobre 10 minut – tylko przez to, że każde ciasto „wołało” wybierz mnie. Drugie tyle zajęło nam sfotografowanie tego, co w końcu zamówiłyśmy. A padło na:

ciacha

  1. Tort bezowy z kremem orzechowo-daktylowym,
  2. Tartę cytrynową,
  3. Sernik z solonym karmelem,
  4. Tort z bananami.

Wszystko dopełniłyśmy bardzo aromatycznymi kawami smakowymi.Tu jednak popełniłam błąd, bo przy takiej kombinacji cukru z cukrem, szybko miałam go dość. Następnym razem będę mądrzejsza i zdecyduję się na jakąś supermocną kawę, z gorzkim posmakiem lub, po prostu, zieloną herbatę. Jeśli jednak wybierzecie się tam tylko po kofeinowy napój (chociaż to stanowczo za mało), to latte macchiato z dodatkiem syropu amaretto będzie dobrym wyborem.

Słodki_Adres-zmiksujto.jpg

Gdy już usiadłam, spróbowałam po kawałku każdego wypieku, mogłam spokojnie skupić się na przyjemnym wystroju miejsca. Słodki Adres jest bardzo kameralny – w zimie pomieści pewnie nie więcej niż 20 osób, co jest niewątpliwą zaletą miejsca. Po jednej stronie znajduje się duże lustro, które optycznie je powiększa, po drugiej wspaniała fototapeta, która kojarzy mi się z końcowymi scenami filmu Czekolada, tuż po przemianie mieszkańców miasteczka. Przez chwile można zapomnieć, że to dopiero koniec lutego i że to cały czas Wrocław!

Również obsługa zasługuje na pochwałę – bardzo miła i pomocna, doskonale zorientowana w tym, co może nam zaproponować, nienachalna – a to zachowanie, z którym łatwo przesadzić w jedną lub drugą stronę.

Jedynym minusem jest lokalizacja. Chociaż to w sumie zależy, jak na to spojrzę. Gdyby Słodki Adres położony był bliżej, na pewno wypracowany koktajlami luz w spodniach, znacznie by się skurczył. Co więcej, byłabym tam wtedy stałym gościem i totalnie rozleniwiłabym się w kwestii pieczenia w domu.

Kilka godzin z Marysią w Słodkim Adresie upłynęły nam na kwestiach typowo blogowych. Niedługo minie rok, jak tu piszę, więc cały czas myślę nad zmianami. Marysia pomogła mi to wszystko ugryźć z innej strony, a obgadane z nią pomysły na pewno zaprocentują w przyszłości. Oby!

Moje serce skradł tort bezowy z kremem orzechowo-daktylowym (który na pewno kiedyś postaram się odtworzyć w domu), piękny wystrój i kameralność miejsca. Jeśli więc zbrzydły Wam kawiarnie wrocławskiego Rynku, macie ochotę na coś naprawdę słodkiego, chcecie zaskoczyć mamę, przyjaciółkę, chłopaka – to Słodki Adres wart jest nawet najdłużej podróży. Potwierdzają to także opiniujące to miejsce osoby na Facebooku, gdzie znalazłam tylko jedną trójkową ocenę, z którą w ogóle się nie zgadzam. Sprawdźcie sami i dajcie znać, czy i Wy będziecie ich częstymi gośćmi! :)

Słodki Adres,

Bolesława Krzywoustego 315,

Wrocław, Psie Pole

 

Wrocławskie Spotkanie Blogerek – relacja okiem organizatorskim

Nic a nic nie daje Ci takiej radości i satysfakcji, jak poprowadzenie czegoś „swojego” od początku i doprowadzenie tej rzeczy do końca. Czegoś, co na dodatek nie podoba się tylko Tobie, ale i osobom w to „coś” zaangażowanym. Mogę więc śmiało napisać, że Wrocławskie Spotkanie Blogerek, o którym pisałam wcześniej (sprawdź zapowiedź), doszło do skutku i co więcej – udało się!

22 stycznia 2016 roku o godzinie 9.10 zapukałam do drzwi wrocławskiej restauracji BLT z workiem… chrupek SOLO. W zasadzie o tych chrupkach mogłabym napisać osobny post, bo z racji mojego nieposiadania prawa jazdy, przemierzyłam z nimi pół Wrocławia, wysłuchując przy tym zapytań „a te chrupeczki to do jakiegoś kiosku Pani wiezie, to właściciel nie powinien dostarczać Wam tego sam? Tacy to oni dzisiaj są, wyzysk – proszę pani – wyzysk”.  I tłumacz tu teraz dziewczyno, czym do cholery jest spotkanie blogerskie…

No ale dobra, bo tu się o relacje z wydarzenia rozchodzi. Zaraz po mnie do lokalu zawitały Prelegentki i spokojnym krokiem schodziły się Uczestniczki. Razem z Elwirą chciałyśmy być trochę takie Zosie-Samosie, ale gdyby nie pomoc dziewczyn przy przenoszeniu, układaniu i segregowaniu tego, co przyniosłyśmy, pewnie spotkanie zaczęłoby się znacznie później.

przygotowania - zmiksujto.jpg

Wszystko jednak wystartowało zgodnie z planem – zasiadłyśmy przy długim stole, uraczone przez lokal kawą i herbatą, a po oficjalnych powitaniu przyszedł czas na prelekcje.

Na początek kilka informacji o sobie, swojej działalności, byciu „matką, żoną i kochanką idealną ;)” udzieliła nam Agnieszka Nowakowska – osobisty coach i przede wszystkim bardzo pewna siebie kobieta. Tego właśnie można byłoby się od niej nauczyć – stawiania na siebie i realizowania własnych potrzeb, z myślą, że kiedy Ty będziesz szczęśliwa, Twoi bliscy będą szczęśliwi razem z Tobą. Zdrowego egoizmu trzeba się nauczyć, więc w wolnej chwili umówię się z Agnieszką na kawę i jak gąbka, będę chłonąć kolejne porady.

prelegentka Agnieszka Nowakowska - zmiksujto

Kolejnym Prelegentem był obecny i aktywny od samego początku fotograf spotkania – Rafał Ryziński. Zaczęło się bardzo krótką informacją o sobie, bo Rafał postawił na pytania. To pokazało, jak rozległą ma wiedzę w zakresie fotografii komercyjnej! Potrafił odpowiedzieć na każde z zadanych mu pytań, niejednokrotnie wchodził w polemikę z Uczestniczkami, które podobnie jak ja, czerpią fotograficzną wiedzę z internetu. Na czas jego wystąpienia aparat przejęła jedna z nich – Marysia z bloga glam&curvy, dlatego niech nie zdziwi Was, że Rafał ma także własne zdjęcia ze spotkania.

IMG_6892.jpg

Najdłuższą, ale też pewnie najciekawszą dla wielu była prezentacja Sandry Smolarczyk, która (od początku do ostatniego muśnięcia pędzlem) wykonała makijaż do sesji fotograficznej na Izie z bloga po drugiej stronie brzucha. Widok pełnej walizki kosmetyków, wielokolorowe paletki cieni do powiek, różne tonacje podkładów uderzyły w moją kobiecą stronę na tyle, że przez moment zapragnęłam mieć je wszystkie… Prawda jest jednak taka, że maluję się rzadko, a już taki makijaż z konturowaniem i rozświetlaniem warto zostawić specjalistom – jeśli tylko kiedyś przyjdzie mi się z takim zmierzyć, będę pamiętać o profesjonalizmie Sandry.

prelegentka Sandra Smolarczyk - zmiksujto.jpg

Ostatnią prelegentką (teraz widzę jak kobiety zdominowały spotkanie!) była Ula Kaptur, przedstawicielka like08 – firmy, która stworzyła nam piękne logo na kubki i koszulki ze spotkania. Ula, z którą miałam przyjemność porozmawiać przed rozpoczęciem całego szaleństwa opowiedziała nam o ofercie firmy i promowaniu własnej marki w social media. Przed spotkaniem przyznała mi się także, że z zawodu jest psychodietetykiem, a na swoim blogu – CoFitUla przekonuje, że zmiana nawyków żywieniowych zaczyna się od zmiany myślenia.

CoFitUla - Urszula Kaptur - zmiksujto.jpg

Najprzyjemniejsza była jednak końcówka. BLT Wrocław, z przemiłym właścicielem restauracji, który doglądał wszystkiego osobiście, ugościło nas po królewsku. Kolorowe przystawki, pizza na cienkim cieście, apetyczne dania na gorąco i przemiła obsługa zapadną mi w pamięci na długo. Jeśli tylko będziecie w okolicy Placu Solnego, polecam serdecznie.

Gdy już brzuchy zostały napełnione, mogłyśmy skupić się na miłym, kończącym spotkanie akcencie. Od samego początku zależało nam bardziej na części prelekcyjnej spotkania, niż na wypakowaniu toreb różnorakimi prezentami. Wszystkim, którzy jednak chcieli wspomóc nasze wydarzenie – serdecznie DZIĘKUJĘ!

plakat sponsorski - zmiksujto

Sponsorzy i ich upominki: zaproszenie do kawiarni i cukierni Słodki Adres, gdzie właścicielka kusi wspaniałymi wypiekami, kosmetyki naturalne dla kobiet i dzieci od Ekodrogerii Eco&More, oleje tłoczone na zimno (w mojej paczce akurat lniany) od firmy SemCo, puder od Pixie Cosmetics, próbki naturalnych kremów od Resibo, kalendarze i wspomniane wyżej, ale już zjedzone chrupki Solo (moje zdecydowanie najukochańsze orzechowe), koszulka od Nanaf Organic, kubki od Poki, torby ekologiczne i znaczniki do walizek od Mrówka Travel i wspaniałe kosze z kosmetykami Cien od Lidla, o które będziecie mogli zawalczyć w blogowym konkursie. Po spotkaniu w ręce dziewczyn wpadną także książki dosłane przez wydawnictwo Zwierciadło i firma Lalanka.

 

Uczestniczki i Prelegentki spotkania uwiecznił na wspólnej fotografii Rafał:

zdjęcie grupowe - zmiksujto.jpg Organizatorki (bez wcześniejszych ustaleń) przybrały się w biel:

Uczestniczki – kolejno od lewej (góra): Marysia – glam&curvy, Grażynka – Pyzuszkowo, Magda – Magdalena Achtelik, Tina – tinaha, Magda – Mademoiselle Magdalene, Magda – Z widelcem po Wrocławiu, Ula – CoFitUla, (dół): Iza – Po drugiej stronie brzucha, Sandra, Agnieszka, Karolina – Zielone Smażone Pomidory. Spotkanie musiała wcześniej opuścić Magda, dlatego nie załapała się na zdjęcie – Deliszys.

Bardzo się cieszę, że pierwsze docierające do moich uszu opinie, były tak pozytywne. Zarówno mi, jak i Elwirze zależało, by zorganizowane przez nas spotkanie było perfekcyjnie przygotowane. Wiele się nauczyłyśmy i chociaż pewnie nie brakowało w tej organizacji błędów, to obie jesteśmy zadowolone. I kto wie, może podejmiemy się kolejnej edycji? Jeśli chcecie śledzić także inne relacje z wydarzenia to zapraszam na jego fanpage – TUTAJ.

 

Wolnowar i slow cooking w akcji – recenzja

Wszyscy pewnie słyszeliśmy o szybkowarze, tego jestem pewna. Urządzenie to sprawia, że w mgnieniu oka, pod specjalnie stworzoną do niego pokrywą, potrawa zawrze. Jakież było moje zdziwienie, gdy na październikowym spotkaniu blogerek (o którym przeczytacie tutaj) usłyszałam właśnie nazwę wolnowar. Przyznam szczerze, że w pierwszym momencie zgłupiałam i byłam pewna, że mój z natury dobry słuch, tym razem mnie zawiódł. Otóż nie! Wolnowary istnieją i obecnie szturmem próbują zdobyć polski rynek kulinarny. Klasnęłam i pisnęłam z radości, gdy na moją skrzynkę wpadła propozycja od lidera na rynku wolnowarów – firmy Crock-Pot, z ofertą przetestowania urządzenia. Po takim czasie, przychodzi mi się zmierzyć z recenzją otrzymanego sprzętu, do której przeczytania serdecznie zapraszam.

Oprócz wprowadzenia nowego produktu na rynek, Crock-Pot skupia się także na szerzeniu idei znanej jako slow cooking (same zresztą wolnowary bardzo często określa się mianem slow cookerów). Gdy pierwszy raz o niej usłyszałam, na myśl przyszło mi gotowanie rosołu – wrzucasz mięcho do zimnej wody, zaczynasz gotowanie, oczyszczasz, uzupełniasz włoszczyzną, doprawiasz i czekasz, aż będzie gotowe i przede wszystkim, aromatyczne. Proste, prawda? Zupełnie jak obsługa wolnowaru : ).

Ale zacznę od tego, jak to moje urządzenie wygląda. Mój wolnowar jest elegancki – czarny ze srebrnym wykończeniem, który świetnie sprawdziwolnowar-crock-pot-47l się jako interesujący dodatek do nowoczesnej kuchni, bo nie można przejść obok niego obojętnie. W jego skład wchodzą: podstawa z odłączanym kablem, pokrywa i kamionkowa misa do gotowania o pojemności 4,7l – co daje pewność, że przygotowany w niej posiłek sprawdzi się dla 4 lub 5 osób. Na stronie producenta widnieje jeszcze kilka modeli – manualnych lub cyfrowych – do wyboru, do koloru. Sprawdźcie tutaj.

Najciekawszym elementem zestawu jest właśnie ta kamionkowa misa, do której wrzuca się produkty. Jest solidnie wykonana i ciężka, przez co długo trzyma ciepło potrawy. Ta zresztą nie przywiera do dna, przez co mycie nie jest uciążliwe. Akurat tę część i pokrywę można umyć zarówno ręcznie, jak i w zmywarce (resztę wystarczy delikatnie przetrzeć wilgotną szmatką). Misa jest także wielofunkcyjna – oprócz gotowania na podstawie, można jej używać jak naczynie żaroodporne i wykorzystać do pieczenia w piekarniku.

Niestety nie znam się na technicznych parametrach urządzeń, ale na stronie producenta znajduje się prosta i czytelna w odbiorze specyfikacja:

specyfikacja.jpg

Obsługa wolnowaru jest także zadziwiająco prosta. Jestem osobą, która mimo usilnych starań mojej mamy, przez całe życie źle zakłada nawet noże w maszynce do mielenia, a mimo to, już za pierwszym razem poradziłam sobie z obsługą urządzenia. Do sterowania „maszyną” mamy raptem 3 przyciski – jeden główny, włączający wolnowar i dwa, które pozwalają nam zdecydować, jak długo i na jakim poziomie (szybszy, wolniejszy) chcemy przyrządzić danie.

Ale przyrządzić to chyba wygórowane słowo, bo mając do czynienia z wolnowarem po prostu wybierasz to, na co masz ochotę, obierasz i kroisz potrzebne składniki, wrzucasz do gara i czekasz, aż będzie gotowe. Bo on wszystko robi za Ciebie. W zasadzie mieszasz tylko po to, by równomiernie rozłożyć przyprawy, a pokrywę podnosisz tylko wtedy, gdy zapach nie daje przejść obok gara obojętnie. Tylko tyle. Bez potrzeby pilnowania, stania nad garem, oglądania z każdej strony, czy nic się nie przypala. 

Darek_Kuźniak_Ambasador_marki_Crock-Pot-428x600

Pierwsze kroki z wolnowarem najlepiej stawiać z dołączoną do zestawu „książką kucharską”, gdzie znaleźć można przepisy na wywary, zupy, dania główne i desery. Wszystkie skomponowane przez Darka Kuźniaka – ambasadora marki Crock-Pot – znanego mi przede wszystkim z pierwszej edycji popularnego już Top Chefa i bycia sous-chefem Wojciecha Modesta Amaro w jego Piekielnej Kuchni.

Wolnowar gotuje w temperaturze od 70 do 90 stopni, nigdy nie przekraczając setki, przez co przypalenie czy wykipienie potrawy wydaje się niemożliwe. I rzeczywiście, przez taki czas użytkowania, nigdy mi się to nie zdarzyło. Gotowanie w takiej temperaturze sprawia, że potrawy zachowują swoje składniki odżywcze, przy jednoczesnym zwiększeniu swojego smaku i aromatu. Nastawicie je także na noc, jeśli w ciągu dnia zapomnicie o przygotowaniu potrawy na kolejny dzień – nie wszyscy bowiem w dzisiejszych czasach mamy czas, by przygotować posiłek bezpośrednio przed jego podaniem, a wszystkim nam zależy, by był on zdrowy, pożywny i przede wszystkim smaczny.

Cena wolnowaru waha się od 250 zł (najtańszy manualny) do 650 zł (najdroższy cyfrowy). Wszystkie natomiast są tak samo pożyteczne w kuchni, będą świetnych prezentem dla siebie, ale także dla zabieganych młodych mam i tatusiów, kulinarnych gadżeciarzy i wszystkich tych, którzy z jedzenia starają się wydobyć to, co najlepsze dla organizmu. Dlatego i ja go polecam i obiecuję, że do książeczkowych przepisów od Darka Kuźniaka dodam swoje trzy grosze na blogu.

5 pomysłów na kuchenny prezent

Podobno dzień po Wszystkich Świętych to najgorszy czas dla sklepów – wtedy to następuje całkowita zmiana wystawek, bo to przecież niecałe 8 tygodni do Świąt Bożego Narodzenia! Przyznam, że przez to całe szaleństwo już dawno sama zaczęłam poszukiwania odpowiednich podarunków dla najbliższych – kupowanie na ostatni moment chyba nikomu nie wychodzi na dobre. W tym celu przeszukuję internet, kilka razy odwiedzam centra handlowe, podpytuje (czasem pośrednio, częściej osobiście), by to, co kupię, było wyjątkowe.

Jestem także zwolenniczką prezentów praktycznych – takich, co to nie będą obrastać kurzem na regale czy kominku. No bo po cóż komu takie? A że kulinaria to kategoria, w której znajdziemy i prezenty ładne i praktyczne, to przedstawiam Wam kilka produktów, które (mam nadzieję) będą dla Was inspiracją, a po kupnie – radością wśród najbliższych ; ).

szlaczek

1. Ekologicznych toreb na zakupy nigdy dość, szczególnie z jakimś uroczym lub przykuwającym uwagę napisem. Te znalazłam przez przypadek, przeszukując Google – nie bardzo drogie, a i wzorów znajdziecie na ich stronie kilka. Podobnie zresztą jak fartuszków, te zaś przydadzą się każdej domowej kurze – oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu!

spodlady

Torby29 zł, Fartuszek – 39

2. Fanów kawy jest coraz więcej, ale już nie tej rozpuszczalnej, pitej w pośpiechu, ale prawdziwych koneserów, którzy po smaku i zapachu rozpoznają ten najlepszy rodzaj. Dobry ekspres ciśnieniowy to wydatek kilku stów, z dodatkowymi opcjami ubijania pianki czy mielenia ziaren to przynajmniej wydany tysiąc. A taki ręczny młynek do mielenia kawy? Elegancja i praktyczność w jednym. Mnie przypadł do gustu ten, ale inne modele możecie znaleźć tutaj.

136525092347594500

Młynek do mielenia kawy – 65

3. Rękawice kuchenne to element stroju każdej fanki lub fana wypieków. Żadna ściereczka nie uchroni naszych rąk tak dokładnie, jak rękawice. Te znalazłam na stronie sklepu internetowego Pasamona – mnie akurat przypadły do gustu takie komplety, ale na ich stronie znajdziecie jeszcze kilka innych.

pasamona

Rękawice kuchenne i łapki53 zł/komplet

4. Ostatnio ziół doniczkowych w polskim sklepach pod dostatek – mięta, bazylia, tymianek, rozmaryn – mnóstwo! A ilu przy tym zwolenników własnych sadzonek? Pewnie drugie tyle. Dam sobie rękę uciąć (usiekać?), że taki siekacz do ziół zapewne niejednego zapaleńca by ucieszył.

siekacz

Siekacz do ziół – 59,90

5. Chyba każdy lubi dostawać kubek z zabawnym napisem – a gdy już ten napis odzwierciedla charakter osoby, dla której jest przeznaczony to prezent idealny gotowy. Na stronie DaWanda.com znajdziecie kilka wzorów takich kubków. Możecie także zamówić własną wersję z autorskim napisem – pomyślcie o osobie, której chcecie go dać i nie blokujcie swojej kreatywności!

kubki daWanda

Kubki DaWanda29,60

Zajrzyjcie na polecane strony, przejdźcie się do galerii i przede wszystkim ciepło pomyślcie o osobie, której chcecie coś podarować – pomysły przyjdą od razu.

Udanych zakupów!

Po jakie owoce i warzywa sięgać w okresie jesienno-zimowym?

Jesienna pogoda nie straszy na razie zimnem i pluchą, chociaż niektórzy z moich znajomych już dawno ogłosili, że „sezon na gorącą herbatę, gruby koc i ale mi zimno, uważają za otwarty”. Wydaje się też, że zarówno jesień, jak i zima, to czas, kiedy trudno o zdrowe, krajowe produkty – doszkoliłam się więc, poszukałam trochę na ten temat i śmiało mogę stwierdzić – co za bzdury!

Czym w takim razie powinniśmy zastąpić świeżego pomidora, zielonego ogórka i kruchą sałatę, które o tej porze roku jedyne, co mogą nam zaoferować, to duża dawka nawozu? Gdzie iść i z czego skorzystać, żeby wybrać dobrze i mądrze? Jeśli nie wiecie, to pędzę z odpowiedziami!

Jesienne-warzywa-i-owoce-300x208

źródło zdjęcia: internet


1. Odwiedź miejsca lokalne

Obecnie w marketach możemy dostać prawie wszystko. Jak mamy się więc połapać w tym, co jest sezonowe i polskie? Ratunkiem może okazać się spacer na miejscowy rynek, jarmark, czy targ – jakkolwiek się u Was to miejsce nazywa. To tam u lokalnych przedsiębiorców zorientujecie się szybko, co obecnie powinno się jeść, na co jest sezon, i ile dany owoc czy warzywo powinno w określonym czasie kosztować. Takie drobne obserwacje są świetnymi zakupowymi wskazówkami.

2. Skorzystaj z podpowiedzi, którymi chętnie dzielą się inni

Temat zdrowego jedzenia, w rytmie slow life jest na tapecie od jakichś 2 lat. Eksponowany tak mocno, że nie śniło się to nawet najstarszym dietetykom. Są więc takie miejsca i strony, przyjemne grafiki i tzw. infografiki, które zamiast słów, przemawiają do odbiorcy obrazem. To one nierzadko (a może i najczęściej?) dają podstawową, ale i niezbędną wiedzę na interesujący nas temat. I ja z niej także staram się korzystać!

Tak właśnie znalazłam kalendarz sezonowych owoców i warzyw – kolorowy, obrazkowy, interaktywny. Wystarczy, że klikniecie w wybrany miesiąc, by na ekranie pojawiły się interesujące Was informacje. Zapoznajcie się z nim, zapiszcie link i śmiało korzystajcie z tego, co dają nam inni – nasze babcie plotkowały, my „szerujemy”.

3. Przeczytaj, zapamiętaj i zimową porą wybieraj właśnie to

Jeśli nie bardzo chce Ci się wychodzić z domu, a jesienna chandra zadomowiła się obok na tyle mocno, że nie cieszy Cię nawet pokazana przeze mnie kolorowa grafika, to zostaje Ci już tylko przeczytać poniższą rozpiskę : ).

#1: warzywa, po które teraz należy sięgać należą do:

a) korzeniowych: marchew zwyczajna, pietruszka (korzeń), burak, seler (korzeń),

b) cebulowych: cebula biała i czerwona, por i czosnek,

c) kapustnych: biała i czerwona kapusta, jarmuż (w ostatnim czasie bardzo popularny), brukselka,

d) dyniowatych: szczególnie dostępna jesienią cukinia i równie popularna dynia.

Dodatkowo chętniej kupujmy warzywa kiszone (ale uwaga – nie kwaszone) – przede wszystkim kiszone ogórki i kiszoną białą kapustę. Oprócz tego, że dobrze wpływają na naszą odporność (ze względu na wysoką zawartość witaminy C), to jeszcze polepszają pracę naszych jelit.

#2: najlepsze owoce, które warto teraz kupować:

a) jabłka i gruszki – chciałoby się rzec, że „dobre, bo polskie”,

b) owoce mrożone – szczególnie, jeśli sami w okresie letnim zadbaliście o to, by zamiast od razu do brzucha, kilka z nich trafiło do zamrażarki.

W zimie równie popularne jest jedzenie cytrusów (osobiście, gdy tylko czuję zapach mandarynki, widzę choinkę i słyszę kolędy!). Nie miejcie jednak złudzeń, wszystkie są importowane, a żeby przetrwały długą podróż, są też dokładnie, przy użyciu odpowiedniej ilości nawozu, spryskiwane. Nie wystarczy zatem tylko je obrać – najlepiej wcześniej dokładnie je umyć, nawet z pomocą gąbki.


 
Kończąc, dodam, że od kilku miesięcy staram się, by w swoim jadłospisie uwzględniać odpowiednią ilość warzyw i owoców. Nie jest to może zalecane 5 porcji, ale nie schodzę poniżej trzech – najlepiej smakują mi te surowe, soczyste i przyjemnie chrupiące. Nie zmuszam, ale zachęcam, żebyście również o to dbali. Mam także cichą nadzieję, że po przeczytaniu tego posta, już nikomu z Was nie przyjdzie na język wymówka, że w zimie ciężko o dobre i zdrowe produkty. Nie uwierzę, więc życzę miłej lektury!

Kulinarnie we Wrocławiu

Wczoraj, tj. 1 października 2015 roku, wyjątkowo nie wyszłam z domu na uczelnie (i to nie tylko dlatego, że zakończyłam już swoje dzienne studia). Jak pisałam wcześniej na facebooku, dostałam niecodzienne zaproszenie. Udało mi się trafić do zaszczytnego grona blogerek kulinarnych i zostać zaproszoną na takie nasze małe spotkanie. Gdyby nie to, że szybko, szybko musiałam pakować manaty i wracać do domu, pewnie już wczoraj pojawiłaby się tutaj jakaś mała zajawka z całego wydarzenia – w końcu najświeższe emocje najlepiej przelewa się na… klawiaturę. Zapisałam – przeczytajcie (jeśli macie ochotę oczywiście).

12038395_618513881620321_7707288977521918762_n

Spotkanie miało miejsce w C.H. Korona, w restauracji Pizza Hut, którą pewnie każdy z Was doskonale zna. Lokal – nieduży, pomalowany na ciemne kolory, sprzyjał kameralnej atmosferze, jednak układ stolików sprawił, że spośród małego grona pasjonatek gotowania, poznałam ich tak na prawdę bardzo mało! Dziewczyn bowiem było niedużo – łącznie 14 babeczek zebrało się w restauracji, by wspólnie wymienić się kulinarnymi doświadczeniami. Będąc szczerą – ja nie powinnam się w tej kwestii odzywać, bo jeszcze do niedawna nie wyobrażałam sobie w ogóle stać w kuchni, gotować, sprzątać, wylewać, przelewać i zaczynać kolejne danie od nowa. Co więcej, prawie każda z moich kulinarnych koleżanek to mama, pełniąca najbardziej wymagający zawód świata – to daje mi zatem pewność, że jeśli zajrzycie do każdej z nich, znajdziecie przepisy sprawdzone i dopieszczone do ostatniego kawałka.

Po powitaniu, rozdaniu pięknie wykonanych identyfikatorów, którymi chwaliłam się tu, przyszedł czas na rozpoczęcie. Inicjatorką całego spotkania była Wiola, a jej prawą ręką Ewa – obie dzielnie poradziły sobie ze wszystkimi niezaplanowanymi niespodziankami (i chwała im za to!).

Na pierwszy ogień wyrzuciły więc na środek Pana Rafała – reprezentanta firmy MyFood, której specjały zadowolą przede wszystkich fanów ryb i owoców morza. Z tego co dowiedziałam się na prezentacji, ich produkty są dostępne w takich sklepach jak Alma, Piotr i Paweł, Auchan, a spróbować ich można w restauracjach IKEA i North Fish i w zasadzie uchodzą za te na każdą kieszeń. Sprawdźcie z resztą sami, ich stronę znajdziecie tutaj.

12067229_938679992860533_975525303_n

W międzyczasie na stoły „wjechało” jedzenie – specjał kuchni Pizza Hut, czyli jak sama nazwa wskazuje – pizza. Naprawdę nie liczyłam (ani jedzenia, ani kalorii), ale oprócz tego, że pięknie wyglądało i cieszyło oko, to jeszcze naprawdę doskonale smakowało. Szczególnie zachwalane przez kierowniczkę restauracji ciasto tradycyjne, które mnie całkowicie urzekło.

Kolejnym etapem była prezentacja dziewczyn z MoMo-Pics (sprawdźcie ich zdjęcia) i dla nich powinnam zrobić naprawdę duży akapit. Dziewczyny działają razem od sierpnia br. i specjalizują się głównie w dziecięcych i kobiecych sesjach zdjęciowych. Co prawda, nie widziałam jeszcze fotorelacji z wczorajszego spotkania, ale podejrzewam, że niedługo i takie będą ich konikiem – i dobrze. Przez chwilę każda z nas mogła poczuć się gwiazdą, gdy podczas naszych wystąpień miałyśmy po te kilka pstryków dla siebie – za to ogromny plus! Oprócz tego dziewczyny opowiedziały nam także, jak fotografować nasze posiłki, aby były kolorowe, kuszące wyglądem i co zrobić, aby już samo zdjęcie oddawało smak naszej potrawy.

Przedostatnim punktem programu była prezentacja Wioli, która przedstawiła nam wolnowar firmy Crock-Pot. Mnie niestety ani prezentacja, ani również załączone do niej materiały (w formie książeczki z przepisami), nie urzekły. Głównie dlatego, że nie mam czasu (na przykładowe) gotowanie rosołu przez 8 godzin! Podejrzewam jednak, że zapach takiego wywaru musi być bardzo aromatyczny, a smak na pewno zapamiętany na bardzo długo.

Na sam koniec, gdy już nerwy znacznie opadły, przy lampce wina, każda z nas mogła pogadać chwilę o sobie: o tym, dlaczego blog, dlaczego taki, skąd pomysły i dla kogo są one przeznaczone. Osobiście, umieściłabym tę kwestię na samym początku, usadziłabym nas w kółku i nawet w nerwach, poprosiłabym o sklecenie tych trzech zdań.

Miłym zakończeniem okazały się być podarunki od sponsorów, którzy nie dość, że wywiązali się z obietnic, to jeszcze jak jeden mąż, wszyscy dopisali. Za te wszystkie fajne gadżety, słodkie podarunki, produkty spożywcze i szczyptę wiedzy bardzo dziękuję (w kolejności alfabetycznej): AKATJA, BranQ, Crock-Pot Slow Cooker, Cydr Słowiański, Familie.pl, LAKMA Professional, Magnat, My Food, Polsat Food Network, Primo Gusto, Produkty cukiernicze BRZEŚĆ, Turecki Sklep i TWIN Caps. Jeśli interesują Was linki do poszczególnych stron zajrzyjcie na stronę wydarzenia: o tutaj.

sponsorzy

A o to lista uczestniczek:

  1. http://mamaoskarka.blogspot.com (organizator),
  2. http://mamaniezwyboru.pl/ (współorganizator),
  3. http://zabieganamama.com/,
  4. http://poradymamykasi.blogspot.com/,
  5. http://kobiecym-sercem-w-kuchni.blog.pl/,
  6. http://mamaichdwojga.blogspot.com/,
  7. http://kalmarkitchen.blogspot.com/,
  8. http://kreatywnyrodzic.blogspot.com/,
  9. http://deliszys4u.blogspot.com/,
  10. http://www.karczmahonorietty.blogspot.com/,
  11. http://www.podrugiejstroniebrzucha.pl/

Jeszcze raz pięknie dziękuję organizatorce za zaproszenie, dziewczynom za miło spędzony czas i wspólne uśmiechy, MoMo-Picts za dodanie spotkaniu splendoru i sponsorom za piękne upominki (ich zdjęć wyczekujcie na moim Instagramie). Nie mogę żałować, że tego dnia nie poszłam na uczelnie!

5 rzeczy, które chciałabym mieć w swojej kuchni vol.1

W moje ręce, a może i oczy, wpadła pewna notka. Ciekawa, nie powiem, ale nic a nic nie związana z jedzeniem – kosmetyczna wishlista (tutaj). I z ciekawości zabrałam się za szukanie tego, co i mnie by się przydało. Tyle, że nie w kosmetyczce, a w kuchni. To, co znalazłam, wystarczyłoby na jakieś 10 zachcianko-list i pewnie na 4 razy więcej okazji, bo przecież w każdym takim zapisie nie ograniczamy się do jednej rzeczy. Zrobiłam więc swoją, taką pierwszą… i już obiecałam sobie zakupy!

Untitled Banner

1. Robot kuchenny – Zacznę z grubej rury – już od dawna marzy mi się taki! Nawet spacerując kiedyś po galerii z książką z masłem, przerwałam rozmowę i wykrzyknęłam: „Boże, jaki piękny robot kuchenny!” – i zapragnęłam taki mieć. Tamten był różowy, ale stwierdziłam, że do mojej kuchni, tej w przyszłości oczywiście, taki będzie pasował idealnie.

W każdej innej rzeczy podam ceny, tutaj nie – bo nawet nie myślę o takich pieniądzach – zwłaszcza, że będzie to na pewno zakup długo planowany, na wiele lata.

2. Wyciskarka do soków – oczywiście zdecydowanie wolę wszystko miksować, jednak od czasu do czasu, gdy potrzeba mi wyłącznie soku, np. z cytryny, grejpfruta czy limonki, chciałabym mieć coś, co nie da mi pobrudzić sobie rąk. Tę ze zdjęcia znajdziecie tu; cena: 29,00 zł.

3. Szklana misa – duża i okrągła, w której pięknie prezentowałyby się sezonowe owoce, a w zimie służyłaby za misę na słodycze, świąteczny stroik lub inne dekoracje. Dostępna tu; cena: 29,99 zł.

4. Foremki do lodów – oj, chciałabym jeszcze przed końcem wakacji je zdobyć i wypróbować – nie ma przecież nic lepszego niż wykonanie własnej roboty lodów. Foremkę znajdziecie tu; cena: 9,99 zł.

5. Koktajlowe szklanki – takich rzeczy w kuchni nigdy dość, szczególnie jeśli ktoś, tak jak ja, miksuje co kilka dni. Zawsze chciałabym, żeby to, co serwuję, nie tylko smakowało, ale i pięknie się prezentowało. A to w dużej mierze zależy właśnie od naczynia. Tę wysoką dostaniecie tu, a niższą tutaj. Ich ceny to kolejno: 5,99 i 4,99 zł.

Dajcie znać, czy podobają Wam się moje propozycje. Może sami korzystacie już z którejś i polecacie? A może jesteście niezadowoleni i ostrzeżecie mnie przed niefortunnym zakupem? Nie krępujcie się, piszcie!